Trochę o wczoraj i o tym dlaczego nie ukończyłem serca…

Trochę o wczoraj i o tym dlaczego nie ukończyłem serca…

Wczoraj w ramach wyzwania #dalejwyżejrazem robiliśmy razem z mieszkańcami i władzami Hrubieszowa literę Ó, która na mapie narysowana była jako serce.

Generalnie 95 km do pokonania po trudnym terenie. W międzyczasie w mojej parafii trwały przygotowania do bierzmowania i wizytacji ks. Biskupa. Tak się złożyło, że zdecydowaną większość rzeczy z tym związanych udało mi się ogarnąć do piątku więc za pozwoleniem proboszcza mogłem (choć na chwilę) dołączyć do sobotniego rajdu. A że tego dnia zapowiadali śliczny wschód słońca to wstałem przed 4.00 by ruszyć na jego wschód. Cel – okolice Skierbieszowa i podjazdy Działów Grabowieckich (m.in podjazd do Wierzby – pozdrawiam ekipę od litery Z 😃). Planu udało się wykonać – 100 km i 1 kilometr w górę w lekko ponad 3 godziny. Dotarłem do fantastycznych ludzi, którzy z pełnym zapałem ruszali na trasę naszego “rajdu serca”.

Jako, że grupa podzieliła się na dwie wybrałem jedną z nich i w całkiem spokojnym tempie ruszyliśmy. Rozmowy, trochę zmagań z kamieniami, piachem, szutrem. Po kilku kilometrach pojawiły się betonowe płyty i to one stały się miejscem w którym zostawiłem sporo swojej krwi. Podczas zjazdu z dużą (za dużą) prędkością wpadłem między szczelinę płyt. Nie pamiętam samego wypadku dokładnie ale wiem, że uderzyłem kaskiem o płytę i jakoś tak nieszczęśliwie się podniósł, że zahaczyłem głową o kant płyty. Szczęście w nieszczęściu, że nie jechałem sam. Szybka reakcja Justyna i Adam uratowała mi życie, choć oboje przyznają, że łatwo nie było. Na szczęście nie straciłem przytomności. Szybki transport do szpitala (swoją drogą dziękowałem w tym momencie Bogu, że nie miałem złamań po po tych dziurawych drogach skakałem jak belka słomy w tej karetce) i szybki rzut na stół zabiegowy. Sprawiłem, a właściwie pęknięta tętnica sprawiła sporo problemów lekarzom. Jej lokalizacja i złapanie zajęły dłuższą chwilę.Gdy już się udało, skończyło się na kilku szwach. Dalsze badania wykazały, że nie ma – poza poobijanym ciałem i otarciami – nie ma poważniejszych obrażeń.

Generalnie – doświadczyłem cudu. Gdy leżałem na trawie i spoglądałem na twarz Justyny i Adama wiedziałem, że jest źle. Dziwne uczucie bo nie bałem się śmierci z powodu obrażeń czaszki, tylko z tego, że karetka nie zdąży i stracę za dużo krwi. Bałem się tylko tego, że będę musiał zostać w szpitalu i nie będę mógł być na bierzmowaniu młodzieży, z którą przygotowywaliśmy się do tego dnia. W drodze do szpitala myślałem tylko o tym i modliłem się właśnie za Was, moja młodzieży:)

Dzięki Bogu jestem dziś w Hrubieszowie, dzięki Bogu byłem na bierzmowaniu, dzięki Bogu wrócę na rower. Swoją drogą podczas porannej kawy trafiłem na artykuł na TVN 24 o dwóch kolarzach, którzy w ostatnich dniach byli ofiarami wypadków, są to Fabio Jakobsen i Remco Evenepoel. Tytuł brzmiał “To, że obaj nadal żyjemy, oznacza, że kolarstwo z nami nie skończyło”. Wiem, że skala inna ale śmiało mogę powiedzieć – to, że nadal żyję, oznacza, że rower ze mną nie skończył. Dziękuję za pomoc, wsparcie, modlitwę i dobre słowa. Oczywiście rower w najbliższym czasie odpoczywa, ja wracam do sił i zabieram się do pracy.

Trzeba żyć! A #rowerowedobro niech się kręci!

Dodaj komentarz